niedziela, 27 listopada 2011

Na Milłokach

W pobliżu ruchliwego skrzyżowania ulic Milwaukee i Chicago znajduje się kamienny kościół z jedną wieżą. Wysoko nad wejściem umieszono herb Rzeczpospolitej z okresu powstania styczniowego. Na tarczy widnieją Orzeł, Pogoń i Archanioł (godła Polski, Litwy i Rusi) oraz wizerunek Najświętszej Marii Panny z Dzieciątkiem. Pod tarczą umieszczono dewizę: Boże Zbaw Polskę. 




Kościół wybudowali polscy emigranci pod koniec XIX wieku.  W tym czasie rejon ulic Milwaukee i Chicago znany był jako ‘Wygnana Polska’. Wśród imigrantów byli uchodźcy polityczni, którzy narazili się carowi albo królowi Prus, jak również poddani austriackiego cesarza, których z Galicji wygnała bieda. Ich życie społeczne i kulturalne toczyło się wokół kościoła. Nie dziwi wiec fakt, że w sąsiedztwie znajdowało się około dwudziestu polskich świątyń!

W latach 50. XX wieku Polacy przenieśli się do innych dzielnic, co spowodowane było budową autostrady w rejonie ulicy Milwaukee oraz wzbogaceniem się społeczności. Dlatego dziś pierwszą polską dzielnicę w Chicago zamieszkują Portorykańczycy.


O historii dzielnicy przypomina polskie muzeum otwarte pod koniec lat 30. Podczas II wojny światowej zasiliły je zbiory z polskiego pawilonu Wystawy Światowej zorganizowanej w Nowym Jorku w 1939 r. Wśród eksponatów, które trafiły do muzeum, znalazły się zabytki sztuki ludowej jak również obrazy Stryjeńskiej, Rosena, Kossaka i Kramsztyka. Dzieła te zaważyły na koncepcji całej placówki, które prezentuje historię Polski i sztuki polskiej, w cieniu pozostawiając historię lokalnej społeczności. O polskich emigrantach w Ameryce przypomina jedynie postać Ignacego Paderewskiego, któremu poświęcono oddzielną salę muzeum.


Bajgle i szpilki - Quincy Market w Bostonie

Dziewiętnastowieczna hala targowa o poranku tętni życiem. Sprzedawcy otwierają stoiska z żywnością, oferując klientom bajgle, jajka z bekonem, słodycze i kawę. Ponowie w garniturach i panie z torebkami od Vuittona w spokoju (a czasem w pośpiechu) spożywają śniadanie przy drewnianych stolikach. Choć jest dopiero połowa listopada, w oknach wiszą już świąteczne ozdoby. Jest tłoczno, gwarno, przytulnie. Za pięć dziewiąta hala pustoszeje jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Eleganccy panowie i panie śpieszą do swych biur w Śródmieściu. Przy stolikach pozostają tylko niewyspani turyści, którzy mają lot w południe i nie wiedzą, gdzie się podziać z walizkami przez najbliższe kilka godzin. Wolno dopijając więc kawę i czytają gazety.




Occupy NY

Occupy Wall Street to temat codziennie obecny na pierwszych stronach gazet. Byłam w miasteczku namiotowym 12 listopada. Młodzi ludzie wymachiwali transparentami. Staruszki ubrane w kolorowe stroje śpiewały pieśni o pokoju i wolności. Sprzedawcy oferowali turystom pamiątkowe koszulki. Protest przeciwko kapitalistom, ale przecież na bajgla trzeba zarobić.





Na Manhattanie panowała atmosfera radosnej zabawy. Dodatkowo, pogoda sprzyjała protestującym. Jeśli ktoś miał nadzieję, że miasteczko namiotowe wywieje listopadowy wiatr, to się pomylił. Było 15 st. C i świeciło słońce. Pod pomnikiem Waszyngtona, który dumnie spogląda na nowojorską giełdę, facet w przebraniu klauna pozował do zdjęć z ciastem ozdobionym napisem: Occu-Pie. Demonstracja czy performance?



Gazety narzekają, że ruch nie ma jasno określonych postulatów. Ale czy sprzeciw wobec plutokracji to nie wystarczający postulat? Przecież Bostończycy, wyrzucając do oceanu herbatę, tez nie pisali jeszcze amerykańskiej konstytucji…

Moja przyjaciółka mieszka w apartamentowcu na rogu Park Av. i 95 ulicy. Wprowadził się tam w latach 70., kiedy cały rejon na północ od 96 ulicy uważano za szemrany. Tam zaczynał się Harlem. Tam mieszkali czarni. Moja przyjaciółka pamięta koncert jazzowy, na którym ona i jej mąż byli jedynymi białymi słuchaczami. A dziś mieszkają w sąsiedztwie nowojorskiej finansjery! Bankierzy i maklerzy mają apartamenty z widokiem na Central Park i ochroniarzy w uniformach. Tu odpoczywają po ciężkim dniu spędzonym na Wall Street. Tutaj nie hałasują protestujący.