niedziela, 27 listopada 2011

Nowojorski sztetl, czyli Lower East Side

Zagubiona turystka nie łatwo odnajdzie drogę w Nowym Jorku bez mapy lub GPS. Przechodnie nie są pomocni. Pytani o drogę odpowiadają: Nie jestem stąd. Nie mówię po angielsku. Nowy Jork to miasto imigrantów, którzy przybywają do USA w poszukiwaniu pracy, przygód, inspiracji… Losy ich poprzedników poznać można w Tenement Museum, które położone jest w samym sercu Lower East Side. W XIX wieku ta dzielnica była jednym z najbardziej zatłoczonych miejsc na świecie. Na 1 km kw. przypadało 7 tysięcy osób. Byli to głównie Włosi i Żydzi z Europy Wschodniej. Mieszkali w kamienicach czynszowych zwanych po angielsku ‘tenement’, i właśnie w takiej kamienicy znajduje się muzeum.

Turyści zwiedzają stary, ponad stuletni dom. Ze ścian odpada tynk, ale gdzie niegdzie widać jeszcze ślady dawnych dekoracji. Po wąskich, drewnianych schodach wspinają się na piętro. Z zaciekawieniem zaglądają do mieszkania, które zajmowała niegdyś rodzina żydowskiego krawca. Trzech pierwszych izb nie odnowiono. Przypominają, w jakim stanie znajdowało się mieszkanie, zanim przeprowadzono częściowy remont budynku. Ściany zdobią wyblakłe tapety, trochę osmalone przy piecu. W dwóch innych pokojach zaaranżowano zakład krawiecki z początku XX wieku. Mała maszyna do szycia. Lampa naftowa. Suknie. Manekin. Żelazka na duszę.

W podobnych warunkach mieszkała rodzina Lewinów, która przybyła do Nowego Jorku z Płocka. Dlaczego krawiec i jego żona zdecydowali się na emigrację? Jeśli nie podobało im się w Płocku, mogli osiąść w jednym z prężnie rozwijających się ośrodków przemysłu takich jak Łódź, Żyrardów czy Warszawa. W kraju okupowanym przez Rosję byliby jednak obywatelami drugiej kategorii, Ameryka oferowała zaś równość wszystkich obywateli. Nie oznaczało to jednak beztroskiego życia.

Krawiec musiał ciężko pracować. W swoim domu założył małą fabrykę. Zatrudnił do pomocy dwie kobiety i zaczął szyć suknie. Pracowano wówczas na akord. Właściciel fabryki umawiał się z zamawiającym, ile ubrań uszyje w tydzień. Jeśli nie udało mu się zrealizować zamówienia, nie dostawał żadnych pieniędzy. Krawiec pracował więc pod presją. Możemy sobie wyobrazić, jak często Lewin siedział w nocy przy lampie naftowej, zszywając ostatnie kawałki materiału. Tymczasem jego żona zajmowała się czwórką dzieci, dbając o dom i prowadząc koszerna kuchnię. Czy tęsknili za Płockiem? Wprawdzie przenieśli się ze szetla do wielkiego miasta, ale żyli dawnym życiem. Ich sąsiedzi byli Żydami, mówili w jidysz. Wokół pełno było żydowskich sklepów, warsztatów i domów modlitwy. Nie znając angielskiego, Lewinowie nie często opuszczali Lower East Side. Mieszkali w Nowym Jorku, ale nadal żyli w szetlu.

Dopiero Rogaszewscy, którzy wprowadzili się do mieszkania po Lewinach w drugiej dekadzie XX wieku, zostali zmuszeni do tego, by opuścić sztetl. Ich dzieci chodziły już do publicznych szkół, a później pracowały w dużych fabrykach razem z dziećmi innych imigrantów. Nowe pokolenie integrowało się szybko z nowym światem, wprowadzając w ten świat także swoich rodziców.

W dawnym mieszkaniu Lewinów i Rogaszewskich można posłuchać nagrań wywiadów przeprowadzonych ze współczesnymi imigrantami. Ludzie ci podkreślają, jak trudno żyć w obcym kraju. Mówią, że ciężko pracują, żeby zapewnić lepszą przyszłość swoim dzieciom. Może jednego z nich minęłam wcześniej na ulicy…    

Co łączy baseball i gumę do życia?


Wrigley Field to nie tylko stadion, to monument poświęcony historii baseballu. Został założony na początku XX wieku. W latach 20. kupił go William Wrigley, producent gumy do żucia, który do dziś jest patronem stadionu. Właśnie tu, na Wrigley Field, narodziła się tradycja śpiewania hymnu przed meczem. Tu, po raz pierwszy w historii, zezwolono widzowi na zatrzymanie piłki, którą złapał. Tu do dziś znajduje się tablica wyników obsługiwana manualnie. Podczas meczu pracuje przy niej od trzech do pięciu silnych mężczyzn. 




Drużyna Cubs, grająca na Wrigley, nie lubiła nowinek technicznych. Oświetlenie pojawiło się na stadionie bardzo późno. Zawodnicy nie chcieli grać po zmroku. Dopiero kiedy federacja zarządziła, że mecze barażowe będą rozgrywane wieczorami, Cubsi musieli się ugiąć do nowych zasad i zamontować światła. Ciekawostką są trybuny, które znajdują się także poza stadionem, na dachach okolicznych domów. Bilet na taką trybunę jest droższy, ale w cenie jest drink. A widok na cały Wrigley Field – bezcenny!    



Na Milłokach

W pobliżu ruchliwego skrzyżowania ulic Milwaukee i Chicago znajduje się kamienny kościół z jedną wieżą. Wysoko nad wejściem umieszono herb Rzeczpospolitej z okresu powstania styczniowego. Na tarczy widnieją Orzeł, Pogoń i Archanioł (godła Polski, Litwy i Rusi) oraz wizerunek Najświętszej Marii Panny z Dzieciątkiem. Pod tarczą umieszczono dewizę: Boże Zbaw Polskę. 




Kościół wybudowali polscy emigranci pod koniec XIX wieku.  W tym czasie rejon ulic Milwaukee i Chicago znany był jako ‘Wygnana Polska’. Wśród imigrantów byli uchodźcy polityczni, którzy narazili się carowi albo królowi Prus, jak również poddani austriackiego cesarza, których z Galicji wygnała bieda. Ich życie społeczne i kulturalne toczyło się wokół kościoła. Nie dziwi wiec fakt, że w sąsiedztwie znajdowało się około dwudziestu polskich świątyń!

W latach 50. XX wieku Polacy przenieśli się do innych dzielnic, co spowodowane było budową autostrady w rejonie ulicy Milwaukee oraz wzbogaceniem się społeczności. Dlatego dziś pierwszą polską dzielnicę w Chicago zamieszkują Portorykańczycy.


O historii dzielnicy przypomina polskie muzeum otwarte pod koniec lat 30. Podczas II wojny światowej zasiliły je zbiory z polskiego pawilonu Wystawy Światowej zorganizowanej w Nowym Jorku w 1939 r. Wśród eksponatów, które trafiły do muzeum, znalazły się zabytki sztuki ludowej jak również obrazy Stryjeńskiej, Rosena, Kossaka i Kramsztyka. Dzieła te zaważyły na koncepcji całej placówki, które prezentuje historię Polski i sztuki polskiej, w cieniu pozostawiając historię lokalnej społeczności. O polskich emigrantach w Ameryce przypomina jedynie postać Ignacego Paderewskiego, któremu poświęcono oddzielną salę muzeum.


Bajgle i szpilki - Quincy Market w Bostonie

Dziewiętnastowieczna hala targowa o poranku tętni życiem. Sprzedawcy otwierają stoiska z żywnością, oferując klientom bajgle, jajka z bekonem, słodycze i kawę. Ponowie w garniturach i panie z torebkami od Vuittona w spokoju (a czasem w pośpiechu) spożywają śniadanie przy drewnianych stolikach. Choć jest dopiero połowa listopada, w oknach wiszą już świąteczne ozdoby. Jest tłoczno, gwarno, przytulnie. Za pięć dziewiąta hala pustoszeje jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Eleganccy panowie i panie śpieszą do swych biur w Śródmieściu. Przy stolikach pozostają tylko niewyspani turyści, którzy mają lot w południe i nie wiedzą, gdzie się podziać z walizkami przez najbliższe kilka godzin. Wolno dopijając więc kawę i czytają gazety.




Occupy NY

Occupy Wall Street to temat codziennie obecny na pierwszych stronach gazet. Byłam w miasteczku namiotowym 12 listopada. Młodzi ludzie wymachiwali transparentami. Staruszki ubrane w kolorowe stroje śpiewały pieśni o pokoju i wolności. Sprzedawcy oferowali turystom pamiątkowe koszulki. Protest przeciwko kapitalistom, ale przecież na bajgla trzeba zarobić.





Na Manhattanie panowała atmosfera radosnej zabawy. Dodatkowo, pogoda sprzyjała protestującym. Jeśli ktoś miał nadzieję, że miasteczko namiotowe wywieje listopadowy wiatr, to się pomylił. Było 15 st. C i świeciło słońce. Pod pomnikiem Waszyngtona, który dumnie spogląda na nowojorską giełdę, facet w przebraniu klauna pozował do zdjęć z ciastem ozdobionym napisem: Occu-Pie. Demonstracja czy performance?



Gazety narzekają, że ruch nie ma jasno określonych postulatów. Ale czy sprzeciw wobec plutokracji to nie wystarczający postulat? Przecież Bostończycy, wyrzucając do oceanu herbatę, tez nie pisali jeszcze amerykańskiej konstytucji…

Moja przyjaciółka mieszka w apartamentowcu na rogu Park Av. i 95 ulicy. Wprowadził się tam w latach 70., kiedy cały rejon na północ od 96 ulicy uważano za szemrany. Tam zaczynał się Harlem. Tam mieszkali czarni. Moja przyjaciółka pamięta koncert jazzowy, na którym ona i jej mąż byli jedynymi białymi słuchaczami. A dziś mieszkają w sąsiedztwie nowojorskiej finansjery! Bankierzy i maklerzy mają apartamenty z widokiem na Central Park i ochroniarzy w uniformach. Tu odpoczywają po ciężkim dniu spędzonym na Wall Street. Tutaj nie hałasują protestujący.