Zagubiona turystka nie łatwo odnajdzie drogę w Nowym Jorku bez mapy lub GPS. Przechodnie nie są pomocni. Pytani o drogę odpowiadają: Nie jestem stąd. Nie mówię po angielsku. Nowy Jork to miasto imigrantów, którzy przybywają do USA w poszukiwaniu pracy, przygód, inspiracji… Losy ich poprzedników poznać można w Tenement Museum, które położone jest w samym sercu Lower East Side. W XIX wieku ta dzielnica była jednym z najbardziej zatłoczonych miejsc na świecie. Na 1 km kw. przypadało 7 tysięcy osób. Byli to głównie Włosi i Żydzi z Europy Wschodniej. Mieszkali w kamienicach czynszowych zwanych po angielsku ‘tenement’, i właśnie w takiej kamienicy znajduje się muzeum.
Turyści zwiedzają stary, ponad stuletni dom. Ze ścian odpada tynk, ale gdzie niegdzie widać jeszcze ślady dawnych dekoracji. Po wąskich, drewnianych schodach wspinają się na piętro. Z zaciekawieniem zaglądają do mieszkania, które zajmowała niegdyś rodzina żydowskiego krawca. Trzech pierwszych izb nie odnowiono. Przypominają, w jakim stanie znajdowało się mieszkanie, zanim przeprowadzono częściowy remont budynku. Ściany zdobią wyblakłe tapety, trochę osmalone przy piecu. W dwóch innych pokojach zaaranżowano zakład krawiecki z początku XX wieku. Mała maszyna do szycia. Lampa naftowa. Suknie. Manekin. Żelazka na duszę.
W podobnych warunkach mieszkała rodzina Lewinów, która przybyła do Nowego Jorku z Płocka. Dlaczego krawiec i jego żona zdecydowali się na emigrację? Jeśli nie podobało im się w Płocku, mogli osiąść w jednym z prężnie rozwijających się ośrodków przemysłu takich jak Łódź, Żyrardów czy Warszawa. W kraju okupowanym przez Rosję byliby jednak obywatelami drugiej kategorii, Ameryka oferowała zaś równość wszystkich obywateli. Nie oznaczało to jednak beztroskiego życia.
Krawiec musiał ciężko pracować. W swoim domu założył małą fabrykę. Zatrudnił do pomocy dwie kobiety i zaczął szyć suknie. Pracowano wówczas na akord. Właściciel fabryki umawiał się z zamawiającym, ile ubrań uszyje w tydzień. Jeśli nie udało mu się zrealizować zamówienia, nie dostawał żadnych pieniędzy. Krawiec pracował więc pod presją. Możemy sobie wyobrazić, jak często Lewin siedział w nocy przy lampie naftowej, zszywając ostatnie kawałki materiału. Tymczasem jego żona zajmowała się czwórką dzieci, dbając o dom i prowadząc koszerna kuchnię. Czy tęsknili za Płockiem? Wprawdzie przenieśli się ze szetla do wielkiego miasta, ale żyli dawnym życiem. Ich sąsiedzi byli Żydami, mówili w jidysz. Wokół pełno było żydowskich sklepów, warsztatów i domów modlitwy. Nie znając angielskiego, Lewinowie nie często opuszczali Lower East Side. Mieszkali w Nowym Jorku, ale nadal żyli w szetlu.
Dopiero Rogaszewscy, którzy wprowadzili się do mieszkania po Lewinach w drugiej dekadzie XX wieku, zostali zmuszeni do tego, by opuścić sztetl. Ich dzieci chodziły już do publicznych szkół, a później pracowały w dużych fabrykach razem z dziećmi innych imigrantów. Nowe pokolenie integrowało się szybko z nowym światem, wprowadzając w ten świat także swoich rodziców.
W dawnym mieszkaniu Lewinów i Rogaszewskich można posłuchać nagrań wywiadów przeprowadzonych ze współczesnymi imigrantami. Ludzie ci podkreślają, jak trudno żyć w obcym kraju. Mówią, że ciężko pracują, żeby zapewnić lepszą przyszłość swoim dzieciom. Może jednego z nich minęłam wcześniej na ulicy…
